Ryszard Ćwirlej jest autorem kryminałów, które można by określić jako neomilicyjne. Są to pisane współcześnie powieści, których akcja została
osadzona w PRL. Od klasycznej powieści milicyjnej odróżnia jednak dzieła Ćwirleja ostrość spojrzenia na i brak elementów ideologicznych. Powieść "Trzynasty dzień tygodnia" to drugie dzieło w dorobku pisarza. Akcja osadzona w Poznaniu i okolicach w czasie stanu wojennego. Ukazuje rywalizację MO i SB w poszukiwaniu przeznaczonej dla Solidarności gotówki. Giną kolejni kurierzy pieniędzy. Atmosfera robi się coraz bardziej niebezpieczna.
Z ramienia milicji sprawę prowadzi porucznik Marcinkowski. Ma do pomocy podporucznika Brodziaka i chorążego Olkiewicza. Porucznik to gliniarz z krwi i kości. Do milicji poszedł zachęcony...literaturą. Otóż w wieku dorastania Marcinkowski zaczytywał się w powieściach Raymonda Chandlera i Agaty Christie. A gdy tych zabrakło (przypomnijmy, że w PRL po polsku można było przeczytać tylko niewielką część z bogatego dorobku królowej kryminału, a Raymond Chandler nie napisał wiele), zaczął sięgać do "nafaszerowanych propagandą zeszytów z serii "Ewa wzywa 07" (str. 93). Czytanie "Ew" nie zmieniło jednak marzeń porucznika o pracy w milicji. Ważniejsze było przekonanie się, czy faktycznie mógłby zostać kimś takim jak Philip Marlowe. Prowadzić ciekawe sprawy, słowem mieć interesującą prace, a być może być nawet kimś kto pełni społeczną misję. Oczywiście rzeczywistość okazała się bardziej prozaiczna niż literatura. Chodziło głównie o to, że oficer dochodzeniowy zajmuje się przede wszystkim biurokracją, a sama praca operacyjna to może 10 procent czasu. Jest jednak pewna cecha, która wygląda podobnie w powieściach Raymonda Chandlera i Ryszarda Ćwirleja, mianowicie amerykański detektyw i polski milicjant równie dużo piją. Alkoholu, rzecz jasna. I to na służbie. Oczywiście nieco inne trunki. Milicjantowi tylko okazjonalnie udaje się posmakować whisky, będącej codziennością Philipa Marlowe. Codziennością milicjanta jest wóda oraz kiepskie piwo. Nie gardzi on także bimbrem. Tak, Ryszard Ćwirlej na kartach swych powieści mocno
rozalkoholizował milicjantów. W Powieściach milicyjnych z PRL stróże prawa raczej stronili od alkoholu. Co najwyżej wypijali kieliszek koniaku
słoneczny brzeg, którym częstował sam pułkownik na zakończenie śledztwa.
Jest jeszcze jedna cecha wspólna Marlowe i Marcinkowskiego. Obaj mają nazwisko na literę "M".
Grzegorz Cielecki